Autorytet czy własny gust

Alicja

Punkty: 12
19.02.2015 Alicja

Oglądałam kiedyś film o włoskim malarzu, rysowniku i rzeźbiarzu, Amedeo Modiliagnim. Jego najlepszy twórczy okres przypadł na pierwsze dwadzieścia lat XX wieku.

Dlaczego tak mało wiemy o artyście, którego dzieła warte są dzisiaj miliony? Bo nie został doceniony przez współczesnych mu krytyków. Zmagający się z gruźlicą, żyjący w nędzy, prawie umarł z głodu. Jego obrazy nie miały prawa się podobać, skoro Panowie Krytycy uznali je za mierne. A ja nie wierzę, że nikomu się nie podobały.

Tragiczny i pełen cierpień życiorys tego artysty zwrócił moją uwagę na znaczący fakt. Lubimy autorytety i lubimy się nimi kierować, nieraz aż do przesady, graniczącej z bezmyślnością. Dlaczego wstydzimy się przyznać, że coś „uznane” przez innych za piękne, dobre, odpowiednie, nam się nie podoba? Dlaczego sami odbieramy sobie prawo do wyrażania własnych opinii?

Może kierujemy się swoistym instynktem stadnym, niezezwalającym na „wychylanie się”, ze względu na strach przed ostracyzmem. Zjawisko to świetnie opisał Hans Christian Andersen w baśni „Nowe szaty cesarza”. Czy nie powinniśmy zachować w sobie chociaż odrobiny tego nieznającego strachu dziecka, które krzyknęło, że cesarz jest nagi?

Jeżeli jednak już ktoś zdaje się na autorytety, to przynajmniej powinien zdać sobie sprawę z jednego ważnego faktu. Autorytet może się mylić! Jest tylko człowiekiem i, w związku z tym jest zdolny jedynie do własnej subiektywnej oceny. Trzeba pamiętać, że obiektywizm dotyczy w zasadzie jedynie świata nauki, ze względu na narzędzia, którymi nauka się posługuje. Trudno, aby ktokolwiek we własny sposób interpretował teorię względności czy twierdzenie Pitagorasa. Zwłaszcza, gdy nie posiada wystarczającej wiedzy. Aby w nauce coś zburzyć i zmienić, najpierw trzeba poznać. Natomiast w szeroko rozumianym świecie sztuki króluje subiektywizm.

Czasami odnoszę wrażenie, że zbytnia ufność w opinie znawców bierze się z pewnego rodzaju umysłowego lenistwa. Nie trzeba się zastanawiać, dokonywać samodzielnego wyboru. Ktoś zrobi to za nas. Bywa, że niska samoocena i brak wiary we własne możliwości każe nam zbyt ślepo zawierzać ocenie innych. W życiu prowadzi to nieraz do dramatycznych konsekwencji, gdy pozwolimy, aby ktoś za nas zadecydował, na przykład o kierunku studiów czy wyborze współmałżonka. Bo ten ktoś wie od nas lepiej, co dla nas dobre. Przynajmniej w takich kwestiach trzeba zaufać własnej ocenie i własnemu instynktowi. Lepiej żałować za błędy własne niż cudze.

Wspominałam o niechęci do tak zwanego wychylania się. Sądzę, że to jakiś atawistyczny instynkt stadny. Dobrze, jeżeli funkcjonuje w obszarze norm moralnych. Ale w sferze sztuki już nie powinien.

W świecie zwierząt osobnik, odróżniający się zbytnio od reszty stada, nie przetrwa. Na przykład albinos. Wynika to jednak z jego rzeczywistych mniejszych szans w naturalnym środowisku. Albinos może być zanadto widoczny dla potencjalnych wrogów i ofiar. Dlatego stado pozbywa się go.

U człowieka ważnym motywem jest potrzeba akceptacji w środowisku. Nie zawsze prowadzi do dobrych wyborów. Najwyraźniej chyba widać to u młodych ludzi, zwłaszcza w trudnym okresie dojrzewania. Akceptacja środowiska rówieśniczego to bodziec tak silny, że prowadzi nawet do działań destrukcyjnych. Pół biedy, gdy chodzi o strój, fryzurę czy kolczyki względnie makijaż. Gorzej, gdy o narkotyki czy wejście na drogę przestępstwa.
Wydaje mi się, że kierują nami dwa sprzeczne dążenia. Z jednej strony chcemy podkreślić naszą indywidualność, bardzo szeroko rozumianą. Z drugiej, pragniemy przystosować się do życia w społeczności, czyli zbytnio się nie wychylać. Pierwszy aspekt łączy się na pewno z potrzebą rywalizacji o zajęcie w społeczności jak najlepszej pozycji.

W tej rywalizacji, w świecie sztuki, dla przykładu, liczy się oryginalny pomysł. W filmie „Bullit” pokazano efektowne sceny ścigających się samochodów. Stanowiły odtąd nieodłączny element każdego niemal filmu sensacyjnego. Podobnie było ze „Szczękami” Spielberga. Zabójczego rekina powielano później aż do znudzenia.

Tak też bywa w literaturze. Pisałam kiedyś o mojej fascynacji thrillerem medycznym po „Comie” Robina Cooka. W pewnym momencie, czytając kolejne powieści tego gatunku, odniosłam wrażenie powielania.

Ci, którzy zdołali pokazać coś nowego, w różnych dziedzinach, mieli otwarte umysły. Nie słuchali ślepo autorytetów. Ponownie przyszedł mi na myśl przykład ze świata filmu. Walt Disney i jego pełnometrażowa „Królewna Śnieżka”. Wszyscy producenci odradzali mu ten pomysł, straszyli ruiną finansową i ośmieszeniem. On znalazł w sobie dosyć odwagi, by przełamać dotychczasowe tabu i nie przejmować się opinią „nieomylnych” znawców.

Żeby być sobą, potrzeba odwagi. Trudno jest przeciwstawić się grupie czy grupom, w których funkcjonujemy. Ale nieraz warto. Z wewnętrznej potrzeby nie na zasadzie „sztuka dla sztuki”.

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów