Co wolno ceklarzowi?

Stefan Padło

Stefan Padło
Punkty: 70
22.10.2014 Stefan Padło

Ceklarz – pachołek miejski, którego zadaniem było pilnowanie porządku w dzień i w nocy, wyłapywanie włóczęgów i żebraków, stawianie szubienic i wymierzanie kary chłosty.
W Krakowie ceklarze stanowili też osobistą ochronę burmistrza. (za: wikipedia)

 

Pewnie nie jednemu z Was, drodzy moi mili kochani, przydarzyło się spotkanie ze Strażą Miejską, podczas którego funkcjonariusze zachowywali się – delikatnie mówiąc – jakby byli reliktami żywcem wyciągniętymi z słusznie minionych czasów błędów i wypaczeń. Po tym jak media upubliczniły pobicie przez strażników dwudziestolatka w Szczecinku na nowo wybuchła dyskusja o tym, czy istnienie tej formacji jest zasadne i ma jakikolwiek sens. Dyskusja bezprzedmiotowa, bo nie ma niestety woli politycznej by rozwiązać problem – czy to przez likwidację czy zmianę uprawnień i kompetencji – a lokalni włodarze stają na uszach, by zwoływane tu i ówdzie referenda nie dochodziły do skutku bądź kończyły się wynikiem korzystnym dla Straży. Zamiast zatem toczyć jałowe spory warto dowiedzieć się jakie uprawnienia mają municypalni i jakie my, obywatele, mamy wobec nich obowiązki.

Art. 1.2. ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 roku o strażach gminnych mówi wyraźnie „Straż spełnia służebną rolę wobec społeczności lokalnej, wykonując swe zadania z poszanowaniem godności i praw obywateli”. W tych słowach zawarta jest jedna, podstawowa i bardzo ważna informacja – to strażnicy są dla nas a nie my dla nich, to my, jako mieszkańcy gminy, ich zatrudniamy i nam oni podlegają. Za pośrednictwem, ma się rozumieć, wybranego w demokratycznych wyborach wójta/burmistrza/prezydenta.

No dobra, ustaliliśmy już, że to my jesteśmy szefami strażników, że nam mają służyć. Ale nie oznacza to przecież, że możemy ich wysłać po piwo czy kazać wyprowadzić psa. Jakie są zatem uprawnienia funkcjonariuszy w kontaktach z tzw. społeczeństwem?

Wbrew pozorom wcale nie takie szerokie jak by się mogło wydawać. Mundur nie daje władzy, on jest wyróżnikiem, służy temu byśmy my, obywatele, w razie potrzeby mogli szybo odnaleźć funkcjonariusza i zwrócić się do niego o pomoc.

Mogą zatem strażnicy interweniować, legitymować, karać mandatami czy nawet używać środków przymusu bezpośredniego – ale tylko i wyłącznie w określonych przypadkach, kiedy zostało naruszone prawo. Funkcjonariusz nie ma prawa podejść do nas i wylegitymować prewencyjnie tylko dlatego, że mu się – dajmy na to – z twarzy nie spodobamy. Poprosić o dokumenty i dokonać ustalenia naszej tożsamości może tylko w dwóch wypadkach: kiedy popełniamy wykroczenie/przestępstwo albo kiedy wykroczenia/przestępstwa jesteśmy świadkiem. Podkreślam – wtedy i tylko wtedy strażnik miejski może (i powinien) zażądać od nas dowodu osobistego czy innego dokumentu potwierdzającego tożsamość.

Mała dygresja: co się tyczy wykroczeń to najczęstszym (przynajmniej w mojej okolicy) powodem interwencji strażników miejskich jest spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym, co jest wykroczeniem zapisanym w ustawie z 26 października 1982 roku o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Tyle tylko, że nie każde miejsce publiczne jest tą ustawą objęte – mówi ona wyraźnie w art. 14 pkt. 2a: „zabrania się spożywania napojów alkoholowych na ulicach, placach i w parkach za wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punkcie sprzedaży”. Czyli jeżeli z piwkiem siedzimy sobie nad brzegiem rzeki czy też pośród podmiejskiego ugoru, żaden strażnik, policjant czy inny funkcjonariusz nie ma prawa wlepić nam mandatu. Podobnie jeżeli spożywamy na podwórzu kamienicy, korytarzu i w innych miejscach nie będących wspomnianymi ulicą, placem czy też parkiem. Nie oznacza to oczywiście, że nie możemy dostać mandatu za zakłócanie porządku – dlatego lepiej nie śpiewajmy pieśni biesiadnych i nie wywrzaskujmy na całe gardło naszej radości. I jeszcze jedno – warto znać lokalne przepisy, bo władze gminy mogą we własnym zakresie wprowadzić swoje regulacje.

Wróćmy jednak do clou, czyli uprawnień strażników miejskich.

Mogą oni, jak napisałem wyżej, w uzasadnionych przypadkach legitymować, mogą pouczać, wystawiać mandaty i kierować wnioski do sądów grodzkich. Za każdym jednak razem mają obowiązek się przedstawić z imienia, nazwiska i numeru służbowego, a na żądanie pokazać legitymację w taki sposób, by umożliwić spisanie (tak, spisanie) z niej danych. Muszą też pozwolić nam – jeżeli mamy takie życzenie – rejestrować interwencję za pomocą urządzeń elektronicznych typu kamera czy dyktafon.

W przypadku gdybyśmy stawiali opór, strażnik może użyć środków przymusu bezpośredniego i dokonać ujęcia. Tak, ujęcia, nie zatrzymania – ma pod tym względem dokładnie takie same uprawnienia jak każdy obywatel naszego pięknego kraju – po czym możliwie szybko przekazać nas w ręce policji, która dopiero może (ale nie musi) dokonać zatrzymania i przeprowadzić wszystkie związane z tym procedury takie jak choćby przeszukanie. Strażnicy miejscy do zatrzymania prawa nie mają, a jeżeli mimo to posuną się do tego, przekraczają swoje uprawnienia (w najlepszym wypadku) za co grozi im (zgodnie z art. 231 Kodeksu Karnego) kara pozbawienia wolności do lat trzech.

Oczywiście to nie wszystkie uprawnienia strażników – jednak z naszego punktu widzenia, zwykłych ludzi szwendających się po mieście, najważniejsze. Pamiętać przy tym należy, żeby za każdym razem kiedy miejscy (gminni) funkcjonariusze będą próbować w stosunku do nas podjąć interwencję, czy chociażby tylko nas wylegitymować, żądać od nich podstawy prawnej działania. A jeżeli nie będą jej znać lub odmówią podania, natychmiast wezwać na miejsce patrol policji. Straż miejska pełni rolę służebną, a Polska nie jest państwem policyjnym, w którym służby mundurowe – czy to miejskie, czy centralne – mają nieograniczoną władzę. Niestety, często o tym zapominamy i zachowujemy się wobec nich niczym zestrachany kundel i podkuliwszy ogon zgadzamy się na wszystko – dlatego właśnie co i rusz słyszymy o incydentach z udziałem funkcjonariuszy, o przekraczaniu uprawnień, przemocy, pobiciach, wymuszeniach zeznań. To, między innymi, nasza wina, że niektórym z nich (większość uważam za porządnych ludzi, chcących rzetelnie i fachowo wykonywać swoje obowiązki) poprzewracało się we łbach i wyobrażają sobie, że są Brudnymi Harrymi patrolującymi ulice miasta bezprawia…

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów