Czy jesteśmy szczęśliwi?

Piotr Słyszyński

Punkty: 98
07.10.2014 Piotr Słyszyński

Żyjemy w XXI wieku, dobie Internetu, mobilnej telefonii, lotów w kosmos, epoce globalizacji i masowej konsumpcji. Możemy w ciągu kilku sekund połączyć się z osobą z drugiego końca naszego globu; już nie tylko usłyszeć ją, ale też zobaczyć – i to w bardzo dobrej rozdzielczości. Możemy poczuć otaczającą nas rzeczywistość w sposób niemal doskonały, dowolnie wybraną rzeczywistość w dowolnym momencie, dzięki trójwymiarowemu obrazowi z dodatkiem zapachów i różnych efektów specjalnych, co oferują nam specjalne sale kinowe. Możemy podróżować, gdzie tylko nam się zamarzy. Dzięki coraz nowocześniejszym technologiom komputerowym, możemy poczuć się jak bohater wojenny, wybitny sportowiec, a nawet gwiazda rocka. Spersonalizowana telewizja daje nam możliwość oglądania tego co chcemy i w czasie jaki chcemy. Jednym słowem, możemy się zabawić na śmierć.

Ale to nie wszystko. Jesteśmy także statystycznie zdrowsi, niż nasi przodkowie, cieszymy się dłuższym życiem, nie mówiąc już o takich kwestiach jak śmiertelność noworodków, która w ostatnich kilkudzisięciu latach spadła w krajach Zachodu do liczby znikomej. Śmiertelne choroby zakaźne (poza AIDS) zostały zredukowane do kilku występujących praktycznie tylko w krajach tzw. trzeciego świata.

Czy zatem żyjemy lepiej, czy jesteśmy szczęśliwsi, my, zamieszkujący cywilizację Zachodu? Czy mamy lepsze warunki do życia od naszych przodków?

Odpowiedź wydaje się oczywista. Gdzie by nie popatrzeć, jakość życia wzrosła. Ale czy na pewno?

Przyjrzyjmy się nieco podstawowej działalności człowieka, a więc pracy. Zarówno feudalizm, jak i niewolnictwo (przynajmniej oficjalnie) zostało zniesione. Możemy więc pracować w 100% na swój własny rachunek. Więcej, dzięki rozległemu i przeważnie darmowemu systemowi edukacji możemy właściwie dowolnie wybrać drogę zawodową, jaką chcemy podążać (oczywiście nie jest to takie proste, ale załóżmy, że jeśli ktoś jest naprawdę zdeterminowany, dopnie swego i będzie pracował w wymarzonym zawodzie).

Spójrzmy jednak na czas naszej pracy zawodowej i inne okoliczności z nią związane. Przeciętnie pracujemy zawodowo przez 8 godzin 5 razy w tygodniu. Oczywiście to tylko “oficjalnie”, bo w rzeczywistości wartości są nieco wyższe. Są tacy, którzy na pracę zawodową poświęcają 9,10, a nawet 12 i 14 godzin dziennie, 6, a nawet 7 razy w tygodniu. Są to oczywiście skrajne przypadki, niemniej jednak średnio pracownik w krajach zachodnich (Polska jest tu niechlubnym przodownikiem pracy), spędza na swojej podstawowej życiowej czynności przeszło 8 godzin dziennie. Badania pokazują, że na tym to jednak nie koniec, gdyż większość osób realizuje część obowiązków związanych z pracą zawodową w domu.

No dobrze, a więc pozostały czas możemy już przeznaczyć na realizację naszych pasji, na rozrywkę i słodkie leniuchowanie? Nic bardziej mylnego. Przecież do pracy i z pracy trzeba jakoś dojechać, ewentualnie dojść. Niestety, na telepracę może sobie pozwolić jedynie niewielki procent z nas. Niewielu ma też ten komfort mieszkać niedaleko swojego miejsca pracy. Dobrze, gdy odległość od niego wynosi 1-2 km, gorzej gdy do naszego miejsca pracy mamy do pokonania odległość 5, 10, 15, 20, 30, a nawet 50 i więcej kilometrów… Pomyślmy choćby o tysiącach mieszkańców Radomia, którzy dzień w dzień dojeżdżają do pracy w Warszawie. Podróż w obie strony to minimum 3-3,5 godz. Czy wówczas zostaje jeszcze czas na cokolwiek? Czy takie osoby mają możliwość zamienić choć parę słów ze swoją rodziną, czy choćby coś poczytać? Czy taki jest obraz szczęśliwego człowieka? Oczywiście, można powiedzieć, że to dość skrajne przypadki, niemniej jednak osób wyjeżdżających do pracy bladym świtem i wracających po zmierzchu jest nie tak mało.

Załóżmy jednak, że nie musimy dojeżdżać do pracy 50 km, przychodzimy po tych 8 czy 9 godzinach (jeśli nie ma korków) do domu – no i pełen relaks…

A skądże znowu. Przecież tyle jeszcze jest rzeczy do zrobienia! Trzeba odebrać dzieci ze szkoły, a potem zawieźć je na dodatkowe zajęcia, względnie korepetycje, jeśli zbliża się matura, albo inny ważny egzamin. Potem trzeba je z tych zajęć odebrać. Dobrze by było coś ugotować, jeśli nie na dziś, to na jutro, żeby było gotowe. No i pasowaloby trochę dom ogarnąć, posprzątać, pozmywać, nastawić i wywiesić pranie, wyprasować koszulę, garsonkę… Nie mamy przecież służby, która to za nas zrobi.

Oczywiście, pewnie nie codziennie sprzątamy, a np. pranie nastawiamy 1-2 razy w tygodniu (chyba że mamy akurat małe dzieci, wtedy to już w ogóle na nic nie ma czasu i jeszcze ciągle jesteśmy niewyspani), no ale generalnie trochę tych obowiązków jest.

Tak więc widzimy, że z tym czasem wolnym to tak kolorowo znowu nie jest. A jak było dawniej? Bogatsi obywatele mieli służbę, która wykonywała za nich większość codziennych czynności (a kogo dziś stać na służbę? Raczej niewielu, nawet w bogatszych krajach). Oczywiście już przedstawiciele owej służby nie mieli tak wspaniale w życiu, ale czy pracowali więcej od nas? Myślę, że niejednokrotnie nie.

A więc, mimo że – na ogół – pracujemy zawodowo (“na ogół”, szczególnie w ostatnich latach, to dość ważne stwierdzenie, ale na razie zostawmy tę kwestię), zarabiamy jakieś tam mniejsze lub większe pieniądze, mamy dostęp do przeróżnych dóbr, to niewielu tak naprawdę ma możliwość dostępem tym się w pełni nacieszyć.

A skoro jesteśmy przy dobrodziejstwach naszej cywilizacji, smartfonach, tabletach, telewizorach z niesamowitym obrazem, szybkich i wygodnych samochodach, supersprzęcie AGD… zastanówmy się nad kosztami dostępu do tych cudeniek. Załóżmy, że mamy czas korzystać z owych dóbr. Jednak za użytkowanie trzeba niestety płacić i to raczej niemało. Pomijając koszt zakupu sprzętu, prąd kosztuje, dostęp do internetu – w znacznej większości przypadków – kosztuje, za korzystanie z komórki też trzeba płacić. Te i inne koszty naszego funkcjonowania we współczesnych realiach sprawiają, że mimo iż zarabiamy relatywnie więcej niż kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu, to wcale nie jesteśmy bogatsi. 20 lat temu przeciętny Polak zarabiał relatywnie kilka razy mniej niż obecnie, ale nie było rozmaitych opłat, kosztów użytkowania, za które płacimy dziś. Nawet na przestrzeni ostatnich kilku-kilkunastu lat możemy zauważyć, że koszty te wcale nie maleją. Oto przykład: tradycyjne telefony zastąpiliśmy na ogół nowoczesnymi smartfonami, które jednak mają jedną wadę: bateria “wystarcza” na 1-2 dni, podczas gdy stara, zwykła Nokia potrafiła służyć nam bez przerwy nawet dwa tygodnie – niby sa to niewielkie koszty, ale ten przykład pokazuje, że raczej nie zmierzamy do mniejszego zużycia energii elektrycznej.

Zresztą koszty finansowe to tylko część problemu. Znacznie poważniejsze mogą być pozafinansowe koszty funkcjonowania ludzi ze smartfonem czy tabletem “przyczepionym” do dłoni. Pierwszym, jaki przychodzi mi do głowy jest odizolowanie się ludzi od siebie. Stwierdzenie, że Internet i telefony komórkowe łączą ludzi można włożyć między bajki. Rzeczywistość wygląda dziś najczęściej tak, że jesteśmy tak bardzo zapracowani, zaganiani w naszych codziennych obowiązkach, że nie mamy za bardzo czasu spotkać się ze znajomymi, po prostu usiąść i pogadać. Zresztą po co się spotykać, jeśli jest Internet, a tam jest przecież wszystko, także nasi znajomi. Czy nie łatwiej “lajknąć” jakąś opisaną na fejsie aktywność przyjaciółki, wrzucić zdjęcia z wakacji i poczytać miłe komentarze?

Wymownym obrazem takiej postawy może być spotkanie grupki nastolatków, podczas którego każdy z nich wyciąga swojego wypasionego smartfona i coś tam sobie dłubie. No bo o czym mają ze sobą rozmawiać? To nudne. Pewnie jak się rozejdą, wymiana zdjęć, lajków i komentarzy będzie znów szła w najlepsze. Ta sytuacja jest może nieco przejaskrawiona, ale wymownie opisuje w jakim świecie możemy żyć, jeśli bezpośrednie relacje zastąpi nam kontakt na odległość, jakże spłycony, odarty z uczuć, emocji, tego, czego każdy z nas przecież tak naprawdę potrzebuje…

Kolejnym kosztem, jaki płaci współczesny człowiek Zachodu, są rozmaite choroby cywilizacyjne. Z jednej strony postęp medycyny w ciągu ostatnich stu lat jest przeogromny, wspomniane już o poradzenie sobie z większością śmiertelnych niegdyś chorób, do tego niesamowicie rozwinęła się transplantologia, jesteśmy leczeni nowoczesnymi lekami, a jednak wcale nie jest tak dobrze. Ilość osób dotkniętych obecnie, a szczególnie takich, która będzie chorować na różne przewlekłe dolegliwości, jest bowiem zatrważająca. Rozmaite uzależnienia, depresje, nerwice, bezsenność, choroby układu pokarmowego i krwionośnego, wreszcie nowotwory i AIDS – oto prawdziwa plaga naszych czasów. Przypuszcza się, że sama choroba Alzheimera dotykać będzie co dziesiątą rodzinę krajów Zachodu już za kilkadziesiąt lat! (w tym miejscu nasuwa się kolejny problem – starzenie się społeczeństw i kwestia, jak poradzić sobie z jego skutkami).

Można zadać sobie pytanie, co jest przyczyną tak szybkiej i masowej zapadalności na choroby cywilizacyjne. Na pewno to nie otaczająca nas przyroda, bo ona była od zawsze, byli też inni ludzie, natomiast to, co się zmieniło, to jakość naszego życia. To, co sobie sami w ostatnich dziesięcioleciach zafundowaliśmy – funkcjonowanie pod presją czasu, w ciągłym stresie, na dodatek jedząc byle jak i byle co (jakość naszego jedzenia i żywienia to osobny, rozległy temat). Bo trzeba być wydajnym w pracy, trzeba być dyspozycyjnym, kreatywnym, żeby utrzymać zatrudnienie. Bo trzeba mieć dobre oceny w szkole, żeby dostać się do dobrego gimnazjum, potem do dobrego liceum, następnie na dobre studia.

Nawet podczas studiów nie ma już za bardzo czasu, żeby “posmakować” życie, na słynne życie studenckie. Te kilka lat naszej młodości, najlepszych lat naszego życia powinniśmy wedle obecnie panujących standardów spędzić na wyścigu szczurów – bo trzeba zdobyć doświadczenie, żeby nie być w coraz liczniejszej grupie młodych, nierzadko wykształconych, bez pracy (ewentulnie błąkających się “od stażu do stażu”). A więc trzeba się wybić, żeby nie zginąć w świecie, być aktywnym na wielu polach. A potem to już samo szczęście: praca od rana do wieczora za środki, które nie pozwalają nawet na posiadanie tego co najważniejsze – własnego mieszkania (chyba że zdecydujemy się na niezwykle atrakcyjną pętlę na szyję w postaci kredytu na 30 lat).

No więc, co robić, trzeba harować i odkładać. A własna rodzina? Z tym przeciez można zaczekać. Dzieci? Najpierw przecież trzeba się dorobić, żeby miały co jeść, w co się ubierać, za co chodzić na korepetycje i dodatkowe zajęcia, za co opłacić komórkę, tablet, może kłada…

I tak mija czas, rok za rokiem, żyjemy sobie w pojedynkę albo na kocią łapę, bo przecież tak jest łatwiej i rozejść można się bezproblemowo… Mocniejsze więzi, głębsze emocje coraz bardziej przegrywają z atrakcjami współczesnego świata. I tylko czasem, gdy przyjdzie jakieś załamanie, choroba, nagle okazuje się, że może nie to całe zaganianie jest najważniejsze, że może jest coś ważniejszego, oby tylko wtedy nie było już za późno…

A więc, czy można powiedzieć, że jesteśmy dzisiaj szczęśliwi?

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów