„Do Damaszku” z Idolem – recenzja ze spektaklu Teatru Starego

Paulina Jarząbek

Punkty: 10
25.02.2016 Paulina Jarząbek

Ściana czaszek, wymowny element scenografii, staje się tłem dla spotkania jawy ze snem, obłędu i rozumu, wiary i bluźnierstwa. Jan Klata przepuścił dramat Augusta Strindberga przez popkulturę i przy okazji odsłonił słabości naszej rzeczywistości.

Nie będę udawać – przed pójściem na spektakl znałam postać Strindberga, ale nie tekst jego sztuki. Nadrobiłam ten brak tuż po powrocie z teatru. Reżyser z adaptatorem naprawdę się postarali. Zamieniając postać Nieznajomego na Idola, poety na muzyka, uwspółcześnili ją i uczynili symbolem kultury celebrytów.

O ile dramat Strindberga skupia się na kryzysie wiary i bezskutecznym poszukiwaniu Boga w świecie, gdzie wszystko jest pozą, a religijność – maską, o tyle w spektaklu Teatru Starego wydaje się to być pretekstem do ukazania licznych słabych punktów współczesnego świata.

Hipokryzja, kłamstwo, kolorowe opakowanie bez treści – wszystko to pojawia się na scenie, między snem a rzeczywistością, która sama w sobie też wydaje się niejasna, zasnuta mgłą domysłów i spekulacji. Sztuczne uśmiechy skrywają strach, niechęć, czy brak zaufania. Ciemne okulary bronią dostępu do „zwierciadeł duszy”, jakby w obawie przed nadmiernym odkryciem się. Szemrana przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.

Aktorzy Teatru Starego jak zwykle stanęli na wysokości zadania. Na uwagę zasługują Siostry Groupies (Aldona Grochal, Beata Paluch), które komentują wydarzenia na scenie dosłownie śpiewająco, w rytm tabloidowych nagłówków i wpisów na portalach społecznościowych.

Najczystsza w tym wszystkim wydaje się Ewa (Jaśmina Polak, co za piękne imię), Żona, która zgadza się ocalić Idola od samotności, a może nawet w jakiś niepojęty sposób kocha go nie za jego twórczość, tylko za to, kim jest. O ile można mówić o miłości w tym świecie, gdzie jedynym prawdziwym uczuciem zdaje się być miłość własna. Nie jest to dla niej łatwe, ale ostatecznie mu ulega i ucieka z nim, wyzwalając się, choć na chwilę, z ram społecznych nakazów.

Jej Mąż (wkrótce były, Krzysztof Zarzecki), doktor, rozdarty między przeszłością, w której go skrzywdzono i skrywanymi wobec wroga – Idola, uczuciami, zaczyna przeobrażać się w szukającego zemsty potwora, może nawet wilkołaka, jak nazywa go Ewa.

Dorota Segda jako jego Siostra jest zniewalająco hipnotyczna, a brat stanowi jej idealne uzupełnienie. Są jak awers i rewers jednej monety, którą Idol gra o swój los. Ich uczucie wykracza mocno poza relacje rodzeństwa, ale też, jako para, są jak jedno wielkie mrugnięcie w stronę widza. Zresztą cały spektakl jest poutykany takimi perskimi oczkami. Dużo w tej grozie zabawy i groteski.

Żebrak, czy też Wszyscy (Zbigniew Ruciński), wygłasza frazesy, żongluje łaciną i chwali sobie najwyraźniej swoje niewesołe życie. Czuje się panem sytuacji. Czy jest alternatywną wersją Idola?

Teściowa Idola, matka Ewy (której prawdziwe imię to Ingeborga), tkwi w masce religijności, może nawet dewocji, skrywając prawdziwe uczucia za fasadą sztucznego uśmiechu wyrozumiałości i gościnności z przymusu.

Tylko Cezar (Krzysztof Nawojczyk), miejscowy wariat, jest szczery w działaniu, jakby wyprzedzając myśli i pragnienia innych, a tam, gdzie zmusza się go do zachowania konwenansu, od razu można wyczuć jego sztuczność.

I wreszcie Idol (Marcin Czarnik). Brak wiary i nadmierna pycha prowadzą do pustki i osamotnienia, które z kolei każą Idolowi stać się nieudolną kopią bóstwa, by wykreować sobie własną, nieudolną rzeczywistość. Jest zarazem stwórcą i pierwszym człowiekiem, gdy nadając imię nieznajomej kobiecie, stwarza ją dla siebie, jak Bóg stworzył w raju Ewę. Idol ma w sobie także coś z Lucyfera, wypędzonego z Edenu. Ścierają się w nim dwa pierwiastki, boski i demoniczny, z przewagą tego drugiego.

Schowany za ciemnymi szkłami, w świetnie skrojonym garniturze, cały składa się z pozorów. Kontaktu z drugą osobą szuka, gdy czuje się samotny, zamiast miłości oferuje pieniądze, których i tak nie posiada. Boi się konfrontacji z rzeczywistością i może dlatego wciąż ucieka w sen i halucynację. Przeszłość dopada go wreszcie i zmusza by upadł na kolana, ale nawet wtedy nie potrafi szczerze prosić o miłosierdzie. Dopiero strach go do tego zmusza, strach nie przed śmiercią, ale przed tym, że może jednak życie nie kończy się z ostatnim tchnieniem na ziemi i przyjdzie mu przez wieki pokutować za winy. Marcin Czarnik wydobywa z granej przez siebie postaci esencję, w tym przypadku jest to istny „wywar z przywar”, jak by to mógł określić Andrzej Poniedzielski: „Oj, nieładnie, człowieku, nieładnie. Oj nieładnie, człowieku, brzydko. Ty się całe życie tylko bawisz. Czasem sobie zmieniasz bawitko.”

Cały ten spektakl zdaje się krzyczeć: „Memento mori!”, a równocześnie robi to w tak groteskowy sposób, że przypomina raczej o atrakcyjności nieszczęścia dla mediów. O tych wszystkich pierwszych stronach i głównych newsach, które opowiadają o wypadkach, samobójstwach i innych nieszczęściach, przydarzających się ludzkości, z lubością cytujących więcej makabrycznych szczegółów, niż jest to konieczne do rzetelnego przekazania informacji.

Uważny obserwator znajdzie w „Do Damaszku” pole do własnych poszukiwań. Jest tu pokaźna garść nawiązań biblijnych i kulturowych, niekoniecznie wszystkie przewidziane przez twórców. Idol może być równie dobrze kolejnym wcieleniem Jamesa Deana, Elvisa Presleya, jak i każdym innym gwiazdorem, którego twarz zdobi kolorowe okładki. Sceny, w których bohaterowie przemawiają nagle nie swoim głosem, przywodzą na myśl jeden z tych filmów, w których mamy do czynienia z opętaniem przez siły nieczyste. Pojawia się również motyw „niewiernego Tomasza”, gdy Idol musi dotknąć blizny żebraka-filozofa, by przekonać się, że jest prawdziwy.

Sam tytuł sugeruje już dość wyraźnie, że więcej tu wątpliwości, niż podpowiedzi. Jest w tym coś z freudowskiej podświadomości, wyciągającej na światło dzienne tajemnice duszy, skrywane głęboko nawet przed nami samymi. W każdym śnie znajdziemy jakieś odniesienia do rzeczywistości, których nie zawsze musimy być świadomi. A ten spektakl wydaje się snem – długim, niespokojnym i niejasnym. Zmieniają się jak w kalejdoskopie miejsca i postaci. Żebrak cytujący łacińskie sentencje, gadający szpak, wariat z sekatorem (kto wie, czy nie najlepiej rozumiejący mechanizmy rządzące światem), mąż-wilkołak, teściowa-czarownica, baśniowe metafory, Idol na czerwonym rowerze… A do tego szkielet zerkający wymownie ze szklanej trumny. No i są jeszcze setki „biednych Yoricków” na ścianach – tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi.

 

O SPEKTAKLU:

DO DAMASZKU według tekstu Augusta Strindberga
OBEJRZANY: 12.02.2016 r., Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej, Kraków

REŻYSERIA: Jan Klata
ADAPTACJA: Sebastian Majewski
RUCHY: Maćko Prusak
INSPICJENTKA / SUFLERKA: Katarzyna Gaweł
OPRACOWANIE MUZYCZNE: Jan Klata
SCENOGRAFIA: Mirek Kaczmarek

OBSADA
C (CEZAR): Adam Nawojczyk
I (IDOL): Marcin Czarnik
M (MĄŻ): Krzysztof Zarzecki
P (POZOSTAŁE): Katarzyna Krzanowska
Ż (ŻONA): Jaśmina Polak
S (SIOSTRA): Dorota Segda
W (WSZYSCY): Zbigniew Ruciński
G (GROUPIE): Aldona Grochal
G (GROUPIE): Beata Paluch

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów