Ewa Kopacz – strażniczka niemieckich interesów nad Wisłą

Trybuna Lemingradu

Trybuna Lemingradu
Punkty: 161
04.02.2015 Trybuna Lemingradu

Ewa Kopacz na konferencji prasowej ogłosiła, że Polski rząd przewidział pomoc dla Ukrainy w wysokości 100 mln euro: „Polska przewidziała 100 mln euro pomocy dla Ukrainy. Chcemy wspierać reformy przeprowadzane przez rząd w Kijowie. Nasza pomoc ma bardzo określone zasady; ma ona charakter wiązany” – powiedziała. I wyjaśniła, na czym te zasady mają polegać: „Jeśli władze Ukrainy wskażą obszar do odbudowy na terenie objętym działaniem wojennym, to nasi budowlańcy wykonają pracę i pomogą”. Dobry kierunek, zwrot idiotyczny.

Dziś Ukraina nie potrzebuje budowlańców, potrzebuje broni i sprzętu wojskowego. Gdyby pani premier i jej sztab mieli choć odrobinę oleju w głowie to skopiowaliby rozwiązanie zastosowane przez Francuzów wobec II Rzeczypospolitej, kiedy to w 1936 roku rząd paryski udzielił Polsce kredytu w astronomicznej sumie 2,6 bln franków (co było równowartością nieco poniżej 700 mln złotych) na zakup uzbrojenia, ale tylko i wyłącznie u francuskich producentów. Czołgów i samolotów Ukraińcy by u nas nie kupili, mają własne i lepsze, ale brakuje im broni strzeleckiej, elektroniki pola walki, sprzętu ochronnego… Dlaczego pani premier Kopacz nie poszła w tym kierunku? Przecież to byłby ogromny zastrzyk dla naszego przemysłu zbrojeniowego, nie do przecenienia nawet wtenczas, gdyby Rosja zajęła Ukrainę w całości i kredytu nikt nigdy by nie spłacił.

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: ze strachu. Czymś innym są dyplomatyczne pyskówki pomiędzy ministrami Schetyną i Ławrowem, kłócącymi się niczym dzieci w piaskownicy o to, czyj tatuś jest większy i silniejszy, a czym innym jawne poparcie walki Ukraińców o integralność swojego kraju. Ale nie tylko Rosji boi się pani premier i jej psiapsiółki tworzące rząd, bardziej obawiają się one Niemiec. A gabinet frau Führerien Angeli Merkel jawnie już buduje most pomiędzy Moskwą a Berlinem i Brukselą, to Niemcy przecież wprost opowiadają się za tym, by Ukrainy nie wspierać w walce a co najwyżej słać pomoc „humanitarną”, która nie zaszkodzi w żaden sposób Rosji. Niemcy i Rosja od czasów Piotra I są naturalnymi sojusznikami, którzy czasem pójdą na noże i pobiją się ze sobą, ale szybko zapominają o urazach bo interesy są o wiele ważniejsze niż przelana krew. A że Polska nie jest suwerennym państwem tylko znajduje się w niemieckiej strefie wpływów to głos Berlina jest tutaj nader istotny, by nie rzec najważniejszy.

Ten berliński głos widoczny jest zresztą nie tylko przy okazji pomocy udzielanej naszemu wschodniemu sąsiadowi. Wystarczy spojrzeć na odstawiony przez rząd cyrk związany z „restrukturyzacją” kopalń przez ich likwidację, który zbiegł się dziwnie w czasie z ogłoszeniem przez niemieckiego inwestora planu budowy nowej kopalni w okolicach Orzesza. Żeby Niemcom się opłacało węgiel wydobywać najpierw trzeba się pozbyć polskiej konkurencji – i do tego zadania oddelegowano panią premier Kopacz, która wywiązała się z niego tak jak się wywiązała, za co najpewniej na wiosnę straci swój stołek. Próba rozwalenia polskich firm przewozowych przez wprowadzenie również dla nich płacy minimalnej w wysokości 8,5 euro za godzinę też nie została, mimo zapewnień szefowej rządu, załatwiona a tylko przesunięta w czasie na dwa miesiące – ot, taki gest dobrej woli wobec tubylczego luda, żeby się za bardzo nie rzucał i nie buntował, bo to też może zepsuć interesy. Niemieckie interesy.

Co dalej? Przed nami wybory, można być zatem pewnym, że polskojęzyczne media (większość najpoczytniejszych gazet jest już w niemieckich rękach, podobnie największy portal internetowy) zrobią wszystko, by wygrała je sprzyjająca Berlinowi opcja pilnująca ich interesów w nadwiślańskiej prowincji IV Rzeszy… to jest, oczywiście, Unii Europejskiej…

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów