Ewa Kopacz zrobiła wszystko – żeby rozwalić polskie firmy

Trybuna Lemingradu

Trybuna Lemingradu
Punkty: 376
01.02.2015 Trybuna Lemingradu

„Skomasowane, szybkie działania, szybka reakcja na problem, spowodowały, że możemy powiedzieć: na tę chwilę jesteśmy zadowoleni z efektów tych rozmów. Natomiast sprawę trzeba niewątpliwie rozwiązać. Rozwiązanie tej sprawy leży już po stronie Komisji Europejskiej. My z naszej strony zrobiliśmy wszystko” – powiedziała Ewa Kopacz po tym, jak Niemcy na dwa miesiące zawiesili swoje przepisy o płacy minimalnej w stosunku do polskich kierowców. Sukces odtrąbiony, można pójść do SPA z psiapsiółkami a potem zająć się czymś innym, mniej stresującym. A że za dwa miesiące nasi rodzimi przewoźnicy i tak będą musieli się dostosować? To już ich problem, nikt ich nie zmusza do prowadzenia firm, mogą pójść na bezrobocie i zatrudnić się w niemieckim markecie. Razem ze swoimi kierowcami.

Że pani premier i jej ludzie są zadowoleni to pół biedy, ale to przekonanie o zrobieniu wszystkiego jest naprawdę zaskakujące. Gdyby zrobili wszystko, to nasi zachodni „przyjaciele” nie zawieszaliby przepisów ale się z nich zwyczajnie wycofali uznając, że dotyczą one wyłącznie obywateli Rzeszy… znaczy Bundesrepubliki oczywiście. Tyle, że Niemcom wcale nie chodzi o dobro pracowników, oni po te osiem i pół euro zarabiali już dawno a i polscy kierowcy (po wliczeniu diet, ryczałtów na hotele i innych dodatków wymuszanych przez nasze prawo) niewiele mniej. Ich celem było wyeliminowanie konkurencji i całkowite przejęcie segmentu transportu kołowego. Zawieszenie przepisów niczego nie zmienia, odsuwa tylko cel w czasie o dwa miesiące – bo chyba nie ma wśród nas frajerów sądzących, że Komisja Europejska cokolwiek w tym zakresie zmieni?

No ale co można było zrobić? – zapyta ktoś. Bardzo wiele, a w zasadzie jedną rzecz. Wystarczyło mocą ustawy wprowadzić przepis, że skoro Polacy w Niemczech mają dostawać niemiecką stawkę godzinową nawet wtenczas, kiedy zatrudnieni są w Polsce to zatrudnieni w niemieckich firmach inwestujących w naszym kraju też powinni zarabiać po niemiecku. W ustawie rzecz jasna należałoby to zapisać nieco inaczej – na przykład uznać, że w każdym przedsiębiorstwie działającym w Polsce obowiązuje płaca minimalna z macierzystego kraju. Rozwiązalibyśmy dwa problemy za jednym zamachem – po pierwsze utarlibyśmy nieco nosa Übermenschom zza zachodniej granicy (i innym zadzierającym nosa bogaczom traktującym nas jak rezerwuar taniej siły roboczej przy okazji też), a po drugie Polska przestałaby być montownią pralek i samochodów a stałaby się poważnym partnerem dla poważnych biznesmenów chcących robić poważne interesy.

Ale takiego posunięcia ani pani premier Kopacz, ani Platforma Obywatelska, ani żadna z pozostałych partii wywodzących się z okrągłostolcowego układu nie zrobi, bo nasza Ojczyzna MA BYĆ kolonią dla bogatych państw tzw. Starej Unii, MA BYĆ wspomnianym rezerwuarem taniej siły roboczej i, dodatkowo, MA BYĆ rynkiem zbytu tej całej tandety produkowanej na masową skalę przez zachodnie korporacje, tandety, której nie chcą kupować przeżarci dobrobytem obywatele lepszej części świata. Tak zostało postanowione dwadzieścia pięć lat temu, kiedy Leszek Balcerowicz wprowadzał swoje reformy podyktowane mu przez Georga Sorosa awansując (ewentualnie przekwalifikowując) dawną nomenklaturę do roli nadzorców niewolników z potężnymi jak na polskie warunki pensjami. Układ został przypieczętowany i teraz nie wolno go zmieniać.

Cyrk z firmami transportowymi jest na to dowodem. Niemiecki kierowca zarabia te swoje osiem i pół euro na godzinę i NIC WIĘCEJ. A polski ma dodatkowo dietę, ryczałt na hotel i kilka innych dodatków dzięki czemu zarabia znacznie powyżej swojego niemieckiego kumpla – podnosi to koszty transportu i osłabia konkurencyjność rodzimych firm doprowadzając je na skraj bankructwa. I właśnie o to w tym chodzi, z tej perspektywy pani Ewa Kopacz naprawdę zrobiła wszystko – tyle tylko, że na korzyść Niemiec…

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów