Festina lente

theotherwoman

theotherwoman
Punkty: 23
12.10.2014 theotherwoman

Jakież dziwne podejście mamy do czasu. My jako ludzie dwudziestego pierwszego stulecia, zachodniej cywilizacji. Nasi antyczni przodkowie byli rozsądniejsi, każąc spieszyć się powoli, dostrzegając przy tym, że mądrości należy szukać w duszach dojrzałych i doświadczonych. Nasi współcześni krewniacy z Ameryki Południowej zachowują dla zjawiska czasu stosunek ironicznej pobłażliwości. Niemal każdą kwestię potrafią skwitować słowami Scarlett O’Hary: „Pomyślę o tym jutro”.

Jak to się dzieje, że ten sam czas nam stale ucieka – jest niewystarczający, nie daje szansy na realizację wszystkich planów? To chyba pytanie bez odpowiedzi. Lecz równie frapująca jest kwestia naszego przywiązania do wszelkiego rodzaju metryk: arytmetyki, operacji liczbowych dokonywanych na chwilach. A także tego, jak od efektu obliczeń uzależniamy nasze opinie o ludziach i zjawiskach. Bo oto okazuje się, że wbrew zdrowemu rozsądkowi, nobilitujemy jednych kosztem drugich, jedynie poprzez zerknięcie w ich odpisy aktu urodzenia. Czyż sąd o człowieku nie powinien opierać się na istotniejszych przesłankach? Nawet jeśli wiek miałby być jego cząstką, to tylko na zasadach wypracowanych przez mądrość starożytną.

Codzienna rzeczywistość nie przestaje zwracać naszej uwagi na to, że dla każdego przedziału wiekowego zakodowano „odpowiednie” przymioty i właściwości. Wpisałam czasownik bezosobowy. Bo co powinno zająć miejsce oskarżonego? Mentalność, kultura, tradycja, zwyczaj, konwenans?

Uświadomiono mi wczoraj, że wśród moich rówieśników łatwiej zliczyć osoby samotne niż te zaangażowane w związki uczuciowe. Jakież to uprzejme i taktowne. Odnoszę  wrażenie, że niewłaściwe jest wywieranie tego rodzaju nacisku na osoby dorosłe, równie jak niedorzeczne jest wymaganie od niemowlęcia, by zaczęło w odpowiednim miesiącu życia stawiać pierwsze kroki. Każdy w końcu wejdzie na odpowiednią drogę życia, w sposób właściwy tylko sobie samemu.

Bo co właściwie na celu mają takie napomnienia? Naturalną konsekwencją wydaje mi się tu wpędzenie osoby pozwanej we frustrację i niepewność: czy więc mam z niepokojem obserwować odbicie w lustrze, by wypatrywać momentu, w którym będzie zasługiwało na etykietkę: „stara panna”? Na szczęście mamy XXI wiek – takie określenie jest już passé. Nieużywane, jak odmężowskie i odojcowskie formy nazwisk kobiet. Możemy wymyślać nowe nazwy, które okrywać mają wciąż to samo. Tylko drzewo genealogiczne rządzi się odwieczną zasadą – zawsze można przeobrazić się w obumarłą gałąź bez owoców.

Niezależnie od wszystkiego co moglibyśmy powiedzieć, epoki coraz szybciej zamieniają się miejscami, zostawiając po sobie kolejne karty w wydawnictwach encyklopedycznych. I w efekcie, zanurzona całkowicie w roku 2010-ym, słucham muzyki z końca lat 80-tych, z zazdrością patrzę na sukienki z szóstej dekady minionego stulecia, oglądając przypadkowy film. Nie można rozwieść się z przeszłością. Trzeba ją kochać i co noc przytulać do snu, by porządkowała stan naszych umysłów. Tym bardziej, gdy przypomina o błędach – byśmy nie popełnili ich ponownie.

Co zatem odpowiem loży szyderców, która zamęcza mnie pytaniem o to, kiedy zajmę się wypełnianiem życiowego kwestionariusza? Pomyślę o tym jutro.

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów