Gdyby Głódź wódy nie pił, to by wątroby nie złamał…

kalutor

kalutor
Punkty: 58
15.10.2014 kalutor

Niczym grom z jasnego nieba huknęła na wszystkich porażająca informacja o chorobie Leszka Sławoja Głódzia. Otóż ten wysoki rangą dostojnik kościelny, jego funkcjonariusz w stopniu purpurata ważniejszego z ważnych, przełożony innych purpuratów, jako jeden z pierwszych jął o tym poinformować osobiście w specjalnym piśmie.

Ten bogobojny sługa Boży, pasterz o nieposzlakowanej opinii, człek niespotykanie skromny oraz emanujący dobrem wszelakim oznajmił, że “przyjął krzyż”. Oznacza to w nomenklaturze “namiestników” Jezusa, za których uważają się oni wszyscy bez wyjątku, że godzi się z chorobą (terefere), oraz oddaje się do dyspozycji swego Pana. Będzie więc sobie cierpiał po cichutku, bez użalania się – po męsku, całą ufność pokładając w niebiosach. Ale hola, hola, nie tak do końca…

O swoim “krzyżu” poinformował w formie pisemnej współwyznawców, jak też wyznawców siebie samego, prosząc w nim o modlitwę w godzinie próby…
Zadbał przy tym, żeby owa informacja dotarła do wszystkich oraz wszędzie, a tylko przez wrodzoną skromność – nie posłał jej w kosmos…

Osoba pana Głódzia jest wszystkim doskonale znana. Ten wysokiej rangi funkcjonariusz Kościoła katolickiego, zasłynął w swym jakże bogobojnym życiu licznymi ekscesami alkoholowymi, bo co jak co, ale pan biskup nad wszystkie trunki umiłował właśnie alkohol – wódę mówiąc prościej. Spożywanie przez niego tegoż trunku w ilościach ponadprzeciętnych, przysposobiło mu jakże zacny, chrześcijański przydomek “Flaszka”…

Można się łatwo domyślać co panu biskupowi, o pardon – arcybiskupowi dolega, oraz co mu leży na wątrobie…

Ta krótka charakterystyka pana Głódzia nie oddaje w pełni jego wszelkich zasług, oraz wzoru cnót którymi przez całe swoje życie się kierował, bo te omówili oraz opisali już piewcy jego doczesnej “świętości”. Dlatego wystarczy ograniczenie się do clou jego jestestwa…

Arcybiskup proszący w swoim oświadczeniu o modlitwę za swoje zdrowie, informujący w nim o “wzięciu krzyża”, oraz oddania się łasce swego “Pana” – najzwyczajnie w świecie kłamie, okazując tak charakterystyczną dla wszystkich “sług Bożych” – hipokryzję. No bo czyż poszedł ów pasterz plackiem zalegać przed jedną z wielu figur w swoim kościele miłosierdzia, czy może czym prędzej pognał do szpitala, gdzie oddał się pod opiekę lekarza śmiertelnika; ateisty, tfu, być może?

Oczywiście, że wybrał lekarza! Nawet nie musiał czekać na operację roku, kwartału, miesiąca czy nawet tygodnia! W przeciwieństwie do innych którym duchowo przewodzi, a których prosi o modlitwę, zoperowany został niemal natychmiast. Zapewne dzięki gorliwym modlitwom, które tak ochoczo zaleca wszystkim na wypadek wszelkich nieszczęść…

Panie biskupie, nic się nie stało. Słodkiego, miłego życia; jest jeszcze trochę wódy do wypicia…

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów