Kanye West śpiewa, czyli trzy choroby rapu

Bartek Piwowarczyk

Punkty: 310
03.07.2015 Bartek Piwowarczyk

Ostatnie dni w muzyce zdominowane są przez niefortunny (by nie powiedzieć: katastrofalny) fragment występu Kanye Westa, w którym próbuje on zaśpiewać jeden ze skarbów historii rocka – Bohemian Rhapsody Queen. Komentarze na ten temat są raczej jednostronne – Kanye zbezcześcił legendę i wygłupił się na całej linii. Moim zdaniem, problem jest jednak o wiele bardziej złożony.

Incydent z Glastonbury

Mama, just killed a man,
Put a gun against his head,
Pulled my trigger, now he’s dead
Mama, life had just begun,
But now I’ve gone and thrown it all away.

Pierwszy raz usłyszałem te słowa może nie w głębokim dzieciństwie, ale z pewnością najpóźniej we wczesnej młodości. Szczerość, moc i poetyka utworu dotknęły mnie głęboko, nie pozwalając mi rozstać się z nim przez wszystkie następne lata. Queen nigdy nie był (i pewnie nigdy nie będzie) moim ulubionym zespołem, co nie przeszkadza mi obiektywnie stwierdzić, że Freddie Mercury jest NAJLEPSZYM WOKALISTĄ w historii rocka, jeśli nie muzyki rozrywkowej w ogóle. Jego utworów raczej się nie coveruje, a przynajmniej nie robią tego artyści uznani i świadomi, że produkcje tego typu zapewne spotkałyby się z bezlitosną krytyką dojrzałej, wymagającej publiczności. Po Freddiem nie śpiewają ani wielcy, ani ci dopiero pracujący na swoją pozycję WOKALIŚCI. Nie robią tego pewnie przede wszystkim z szacunku do zmarłego artysty, ale zapewne też ze względu na fakt, iż większość z nich nie czuje się na siłach zmierzyć się z tym repertuarem. Regułę tę złamał RAPER Kanye West, czym wzbudził na nowo dyskusję o granicach w sztuce i o tym, co wypada (bądź nie wypada) robić na scenie. By zacząć od początku, przyjrzyjmy się nagraniu samego incydentu.

Tegoroczny festiwal w Glastonbury, tysiące słuchaczy i Kanye West na scenie. Do momentu niezapomnianego, chóralnego wstępu (0:57) można by ten performance uznać za średnio udany, odtworzony z płyty hołd. Gdyby po nim raper krzyknął coś w stylu: „Make some noise for Freddie Mercury!” nie byłoby żadnego problemu. Ale Kanye zaczął… No właśnie, czy zaczął śpiewać? Śpiewem ciężko to nazwać. Podsumowując samo nagranie – przez półtorej minuty Kanye West kolejno: pomylił tekst (1:04), nie trafił ani jednego dźwięku, uciekł od dźwięku najważniejszego (1:14), a na koniec wsparł się wracającym bez kontekstu głosem wielkiego Freddiego Mercurego (1:40). Gdyby naliczano za to punkty karne, raper straciłby wszelkie sceniczne licencje w te właśnie półtorej minuty. No, ale zrobił to, stało się. Od tych paru dni spadają na niego liczne gromy, fani Queen snują mordercze plany z nim w roli głównej, a cały muzyczny świat (przynajmniej ten nie zapatrzony ślepo w rap) pogrążył się w niesmaku i poczuciu profanacji. Samo wydarzenie nie jest jednak najistotniejsze. Nie jest nawet pierwszym tego typu incydentem w amerykańskim rapie (o tym za chwilę). To, co jest naprawdę ważne w kontekście tego blamażu to jego powody i skutki. Zacznijmy od tych pierwszych.
Choroby świata rapu
Żeby było jasne – nie jestem maniakiem MCs, DJów, hypemanów etc. Moje dzieciństwo i całe życie nierozerwalnie łączy się z muzyką gitarową, ale wraz z upływem lat zacząłem doceniać i inne gatunki. Tym bardziej, że często się one przenikają, a stylistykom rap i rock zdarza się to stosunkowo często. Dzięki Aerosmith poznałem panów z RUN DMC. Anthrax znienacka zaznajomił mnie z Public Enemy, którzy do dziś pozostają aktywni, a na koncertach (co znamienne) grają z żywą gitarą i perkusją. W międzyczasie poznałem też na przykład znakomity, gniewny, biały boom bap produkcji House of Pain, ozdabiany rockową klasyką flow Beastie Boys czy będącą bezpośrednim miksem rocka i rapu twórczość Range Against The Machine. Odkrywałem też incydentalnie produkcje Polaków – O.S.T.R i Eldo to dla mnie mistrzowie swojej profesji, a pierwszego albumu Liroya, mimo, iż jest już trochę już nieaktualny, do dziś słucham z przyjemnością – poza unikalną nawijką Scyzoryka można tam przecież usłyszeć gitarę Grzegorza Skawińskiego („Scyzoryk”) czy głos Włodzimierza Kiniorskiego („Scoobie Doo Ya”). Mimo, iż „rap ziomem” nigdy nie zostanę, wiedza, którą nabyłem przez lata słuchania, pozwala mi pokusić się o odnalezienie głębokich przyczyn dziwnych wyborów, które doprowadziły Kanye Westa do próby „zaśpiewania” Bohemian Rhapsody. Przyczyn tych należy szukać pośród kilku postaw i historii, które od lat  zżerają od środka kulturę raperską.
Choroba #1 – egocentryzm
Ciężko odtworzyć tok myślenia amerykańskiego MC. Dlaczego uznał, że WOLNO MU wziąć na warsztat numer taki jak Bohemian Rhapsody? Dlaczego poczuł się aż tak pewny siebie? Dlaczego założył, że zawyje sobie atonalnie pod odtwarzany w tle klasyczny rockowy numer i w zasadzie nic się nie stanie? Pierwszą przyczyną jest moim zdaniem egocentryzm, który jest integralną częścią muzyki rap.
Ktoś zechce odbić ten argument stwierdzeniem, że przecież każdy artysta jest próżny, często wręcz zakochany w sobie. To prawda, ale najbardziej ostentacyjni w tej postawie są właśnie raperzy. Styl braggadocio jest niezmiennie popularny. Pisać numery o tym, jaki JA jestem świetny, a reszta to LAMUSY, najczęściej zdarza się właśnie raperom. Często wychodzą z tego świetne muzycznie kawałki (np. klasyk „It’s tricky” Run DMC), jednak przez lata powstawania, wydawania i admiracji tego typu produkcji, niektórzy rapowi artyści nabrali nieuzasadnionej niczym, nadmiernej pewności siebie, którą demonstrują nawet w ubiorze. Moim zdaniem to dlatego Kanye West na wielkim, transmitowanym na cały świat festiwalu nie bał się sięgnąć po arcydzieło Queen i zrobić z niego lichy, niedopracowany wstęp do kolejnego ze swoich przebojów. Mógł oczywiście nie zdawać sobie sprawy z ciężaru gatunkowego tego utworu, ale powiedzmy sobie szczerze – ciężko w to uwierzyć. Dobrze wiedział, co robi. Co więcej nie był pierwszy. Cztery lata temu to samo (i w tym samym miejscu!) z hitem Oasis „Wonderwall” zrobił Jay Z. Jeśli muzyka cokolwiek dla Was znaczy, radzę usiąść i zaopatrzyć się w worek na wymioty.

Ostrzegałem. „Rapsodia” w wydaniu Kanye Westa jest zatem tylko powtórką z rozrywki. Dlatego uważam, że problem jest bardziej globalny. Rapowi artyści (przynajmniej niektórzy) zdają się nie szanować tradycji innych stylistyk, uważając się za tak świetnych, że mogą bezkarnie służebnie traktować tak piękne utwory. Wyobrażacie sobie, żeby Brian May zaczął nagle rapować „Stronger” Westa? Czy Noel Gallagher kiedykolwiek przedstawi własną wersję „Hard Knock Life”? Bardzo wątpię. W drugą stronę zdarza się to wcale nie rzadko. Wiadomo, że cały rap (tak jak np. punk rock w drugiej połowie lat 70’) wynika z kontry i negacji wszelkich zasad, czasem wypadałoby jednak stwierdzić po prostu, że NIE WYPADA. Jak niekiedy słychać w Glastonbury – dla niektórych jest to niemożliwe.
Choroba #2 – artystyczna bezkarność z długą tradycją
Jak wiadomo, każda nowa stylistyka muzyczna, z braku własnych środków, czerpie z tradycji, ze starszej sztuki, wcześniejszych etapów. Blues wynika ze starodawnych worksongów, rock i soul z bluesa, reggae ze ska etc. Podobnie jest z rapem. W latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych, gdy dynamicznie rozwijał się DJing i rap, źródłem sampli do beatów była starsza muzyka – jazz, soul, blues, a w konsekwencji i rock to przecież starsi bracia rapu, nawet pod względem afroamerykańskiego rodowodu. Problem polega na tym, iż utwory samplowane były najczęściej bez zgody autorów oryginałów. Jako, że działo się to nagminnie, a „pożyczane” fragmenty były zawsze odpowiednio krótkie, artystom rapowym przez lata nie udawało się udowodnić w tym względzie winy. Starsi artyści podawali raperów do sądów, a ci wychodzili stamtąd uniewinnieni albo ukarani w stopniu, który ich zupełnie nie dotykał. Przez to (jestem co do tego absolutnie przekonany) wśród raperów utrwalał się pogląd, że samplować można wszystko, a kradzież dźwięków to nie przestępstwo. W związku z tym z kolei, muzykę innych stylistyk część raperów zaczęła traktować jako zaledwie ŚRODEK, coś czego używa się do konstruowania beatów. W ich oczach evergreeny świata rocka czy rythm n bluesa traciły unikalność, były antykami, które poniekąd sobie przywłaszczali. Może to głupie i bardzo jednostronne podejście, jednocześnie jednak niewątpliwie uzasadnione. Gdyby Kanye West szanował muzykę zespołu Queen, gdyby uznał fakt, że jest ona gatunkowo wyższa od jego własnej twórczości i że dla wielu ludzi znaczy więcej niż mu się wydaje, nie wykonywałby Bohemian Rhapsody tak niegodnie i nędznie. Przez lata wzrastania w amerykańskiej kulturze hip – hopowej nie wykształcił w sobie tych postaw – postaw dojrzałego słuchacza.
Choroba #3 – bezkrytyczność fanów
Tytuł punktu #3 to pewnie kolejne krzywdzące uogólnienie, któreś już z kolei w tym tekście. Ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że ludzie licznie zgromadzeni pod sceną Glastonbury Festival, w jakiś dziwny sposób zaakceptowali wersję Bohemian Rhapsody Kanye Westa. Dziwi to tym bardziej, iż ewidentnie znali ten utwór, znali więc zatem jego ciężar gatunkowy – śpiewali przecież chórem cały tekst. Podobnie było z Jayem Z i jego „Wonderwall”. Mówiąc krótko – gdyby Jaya i Kanye wygwizdano jak Bóg przykazał, przynajmniej wszystko byłoby jasne. A tak… Nie wiadomo, czy tłum też ma gdzieś klasykę, czy po prostu za bardzo był rozweselony festiwalowym piwem i atmosferą koncertu, żeby spojrzeć na wszystko krytycznie. Koniec końców fani są odbiciem artysty, to oni de facto go określają, to oni go karmią. Karmią także jego próżność. I póki będą robić to bezkrytycznie, takie koszmary jak dwa opisane powyżej będą zdarzać się jeszcze nie raz.
Skutki incydentów
Ten tekst miał być o połowę krótszy, pozwólcie zatem, że skutki określę krótko i zwięźle. Tak koszmarne epizody, jak ten będący impulsem do napisania tego artykułu, są dla rapu i całej kultury hip – hop najzwyczajniej szkodliwe. Wystarczy jeszcze raz zerknąć na ten tekst, tak od drugiego podtytułu (chce Wam się jeszcze? :) ). Zacząłem od opisu tego, co uwielbiam w rapie, by niedługo potem przejść do jadowitej, pewnie często zbyt jednostronnej polemiki, po to tylko, by zakończyć dissem na fanów. Słabo, prawda? Ale do tego właśnie popychają takie blamaże. Zamiast inicjować pozytywną, spokojną dyskusję, wzbudzają wściekłość i wykrzywiają szkodliwie obraz tak przecież ważnej w ostatnich dekadach muzyki rap. Drodzy rap-fani , nie pozwólcie się tak traktować! Bo my, fani rocka, na pewno nie pozwolimy.
A na sam koniec proponuję przypomnieć sobie (lub poznać) oryginał w wykonaniu Queen. To pozwoli ostatecznie stwierdzić, co zrobił w Glastonbury Kanye West. I dlaczego tak bardzo go za to nie lubię. Pow! Pow! Pow!

 ————————————————————————————————————————————————————

P.S. Jeśli ktoś zechce mi wypomnieć, że z brakiem coverów Queen to nie do końca prawda, zaręczam – znam całą płytę Braci „A Tribute to Queen”, na której Piotr Cugowski odważył się zaśpiewać aż dwanaście utworów tej kapeli, jeden nawet po polsku (!). Różnica jest taka, że zrobił to… świetnie. Jakieś tysiąc razy lepiej niż Kanye West :).

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów