Nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady

Stefan Padło

Stefan Padło
Punkty: 73
30.10.2014 Stefan Padło

Za miesiąc wybory samorządowe, kandydaci są pod parą a my, małe żuczki rzucone w tryby wyborczej machiny co i rusz dostajemy dawkę obietnic i pomysłów na stworzenie nam raju na ziemi. Ogromna większość z nich (na moje oko jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent) to tani populizm obliczony wyłącznie na zdobycie głosów i wywalenie do kosza zaraz po zamknięciu wyborczych lokali. Pretendenci do lokalnych tronów łżą na potęgę, snują wizje mleka i miodu płynących okolicznymi rzekami, sypiących się z nieba pieczonych gołąbków i prosperity jakiej świat nie widział, choć sami ani przez moment w swoje majaczenia nie uwierzyli. Oni nie są problemem, można na nich machnąć ręką i się nie przejmować.

Problemem jest ten jeden procent, który obiecuje i obietnice chce spełniać.

Boży światek jest tak skonstruowany, że za wszystko trzeba płacić. Darmowe obiady (ani nic innego) nie istnieją, co ogłosił już dawno temu laureat ekonomicznego Nobla Milton Friedman. Jeżeli polityk mówi, obiecuje, że jeżeli zdobędzie władzę to zapewni mieszkańcom darmowe szkoły/komunikację/kulturę/sport/żłobki i tak dalej, niepotrzebne skreślić – to należy go najsamprzód zapytać skąd zamierza na to wszystko wziąć pieniądze. A w drugiej kolejności nie wierzyć w żadne wyliczenia, liczby i kwoty jakie przedstawi bo odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna: z podatków płaconych przez obywateli.

„Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeżeli rząd (w naszym przypadku samorząd – przyp. mój) mówi, że komuś coś da to znaczy, że zabierze tobie. Bowiem rząd (samorząd) nie ma żadnych własnych pieniędzy”

to słowa żelaznej premier Margaret Thatcher. Słowa, które przed każdymi wyborami należy wbić sobie do głowy i zapamiętać, że za każdą darmochę oferowaną przez władze przyjdzie nam prędzej czy później zapłacić. I to zapłacić znacznie drożej niż gdybyśmy umyślili sami sobie taki „luksus” zafundować – do kosztów usługi dochodzą koszty urzędniczego aparatu pasożytniczego obsługującego te wszystkie „darmowe” prezenty.

A’propos aparatu. Rozbudowany sektor usług publicznych wiąże się bezwarunkowo z potężnym wzrostem zatrudnienia urzędników, którzy muszą tym wszystkim zarządzać – czyli do ceny biletu tramwajowego, kosztów żłobka czy kwoty jaką trzeba by w normalnych warunkach zapłacić za karnet na basen dochodzi jeszcze pensja człowieka siedzącego za biurkiem. Jeżeli takich usług jest więcej, to koszty administracyjne idą w górę niczym odrzutowiec sunący świecą ku chmurom.

I w tym momencie warto zauważyć jeszcze jeden problem – płacimy nie tylko za to, z czego korzystamy, ale też za wszystkie inne „darmochy”. Nie mając dzieci partycypujemy w kosztach żłobków, preferując rower płacimy za komunikację, i tak dalej, i w ten deseń. Jedynymi, którzy na tym korzystają i faktycznie dostają coś za nic są urzędnicy siedzący w ratuszu i prezesi powołanych do świadczenia darmowych usług spółek. Wszyscy z reguły zaliczający się do grona krewnych i znajomych królika…

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów