Podatek dochodowy – kara za pracowitość

Stefan Padło

Stefan Padło
Punkty: 67
17.10.2014 Stefan Padło

Polska jest jedynym krajem w Unii Europejskiej, w którym ludzie mający dochody na poziomie minimum egzystencji są zmuszeni płacić podatki.

Zauważyła to nawet profesor Irena Lipowicz piastująca stołek Rzecznika Praw Obywatelskich i złożyła do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją przepisów, na podstawie których ustalana jest kwota wolna od podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT). Chciałoby się powiedzieć „brawo! Lepiej późno niż wcale!” – tyle tylko, że nawet gdyby Trybunał uznał niekonstytucyjność przepisów to wcale jeszcze nie znaczy, że nowe będą lepsze. I że kwota wolna zostanie podwyższona. To wszystko tylko kosmetyka a nam są potrzebne zmiany systemowe.

Gdyby rządzący naszym uciemiężonym krajem naprawdę chcieli coś zmienić, pozwolić ludziom żyć i się bogacić to zaproponowaliby całkowitą likwidację podatków dochodowych (oraz innych przymusowych składek obciążających wynagrodzenia, ale to temat na odrębny tekst).

Przede wszystkim podatki dochodowe są karą nakładaną przez fiskusa za zaradność i ciężką pracę. Zwłaszcza w swojej wersji progresywnej, która obowiązuje w Polsce. Nie da się logicznie oraz sensownie wytłumaczyć dlaczego człowiek harujący jak wół przez szesnaście godzin dziennie by zbudować i rozwinąć swoją firmę jest okradany przez aparat skarbowy ze sporej części tego, co wypracował swoją ciężką pracą a śmierdzący leń biegający do Opieki Społecznej, żyjący tak naprawdę na koszt społeczeństwa nie płaci podatku dochodowego wcale albo oddaje kilka groszy. Jest to – po prostu – promowanie nieróbstwa. Milton Friedman, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii powiedział kiedyś: „Jeśli płacicie ludziom za to, że nie pracują, a każecie im płacić podatki gdy pracują nie dziwcie się, że macie bezrobocie”. Trafne bardzo, wystarczy przespacerować się w okolicach Urzędu Pracy czy MOPS-u by zobaczyć, że ogromna część klientów tych instytucji ani myśli wziąć się do uczciwej roboty – po co, kiedy dostają wszystko za darmo i nie muszą się niczym przejmować?

Jednak z punktu widzenia państwa i urzędnika podatek dochodowy od osób fizycznych jest narzędziem, którego żaden biurokrata nie chce się pozbyć – otóż za jego pomocą można kontrolować wszystkich dorosłych obywateli.

Każdy, kto w roku podatkowym zarobił choćby złotówkę musi do Urzędu Skarbowego zanieść (dobrze, że nie w zębach) swoją deklarację podatkową wypełnioną ogromem niepotrzebnych danych. Dzięki temu państwo wie o nas wszystko – nie tylko ile zarabiamy i gdzie mieszkamy, ale też – dzięki systemowi odpisów i ulg – czy wyremontowaliśmy sobie mieszkanie, czy uzupełniamy (i gdzie) wykształcenie, czy mamy dzieci, czy posyłamy je do szkoły bądź przedszkola… i tak dalej, i w ten deseń. To właściwie jest jedyny sens istnienia podatku PIT – gromadzenie informacji, które – zgodnie z urzędniczą logiką myślenia – na pewno kiedyś do czegoś się przydadzą. Dla nas, oczywista oczywistość, nie jest to dobra wiadomość – jeszcze się chyba nie zdarzyło, żeby państwo przypomniało sobie o człowieku w dobrej (z jego punktu widzenia) intencji.

No dobra, zapyta ktoś, ale co w zamian?

Nic, drodzy moi kochani, nic. Państwu na jego utrzymanie wystarczą podatki pośrednie, z których dochód zresztą znacząco wzrośnie po likwidacji haraczu od dochodów. Ogromna większość naszych kochanych rodaków to ludzie, którzy z trudem wiążą koniec z końcem – trudno sobie wyobrazić, że te dodatkowe osiemnaście procent jakie wpadnie im w ręce schowają w skarpecie, oni przeznaczą je na konsumpcję. Słupki wyznaczające dochody budżetu z tytułu VAT-u i akcyzy skoczą w górę, a biorąc pod uwagę likwidację kosztów ściągania podatków dochodowych (najwyższych spośród wszystkich ponoszonych przez aparat fiskalny) można nawet domniemywać, że budżet zmiany nie odczuje.

W odróżnieniu, ma się rozumieć, od nas – drobnych żuczków fundujących politykom ośmiorniczki i życie w luksusie.

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów