Potencjalny scenariusz ataku nuklearnego na Warszawę

RePortal

RePortal
Punkty: 0
06.10.2014 RePortal

31 lat temu, 26 września 1983 roku, Stanisław Pietrow ocalił świat przed wojną nuklearną. 44-letni oficer Armii Radzieckiej pełnił dyżur w podmoskiewskim Centrum Dowodzenia Sierpuchowo-15, kiedy kilka minut po północy komputery wczesnego ostrzegania wykryły pięć amerykańskich rakiet ICBM wystrzelonych w stronę ZSRR. Pietrow, wbrew instrukcjom i regulaminom, nie powiadomił dowództwa. Uznał, że atak nuklearny na tak małą skalę – w obliczu bezwarunkowego odwetu radzieckiego – byłby ze strategicznego punktu widzenia bezsensowny. Miał rację – informacje o pociskach okazały się jedynie błędem komputera.

Rakiety ICBM

Gdyby Pietrow podjął inną decyzję – prawdopodobnie ani USA, ani Rosja obecnie by nie istniały. Sednem tej historii jest jednak inny fakt – nawet poddany komunistycznej indoktrynacji oficer radziecki wolał zaryzykować zagładę kilku miast rosyjskich od możliwości wywołania globalnego konfliktu nuklearnego. Człowiek bezpośrednio postawiony w obliczu potencjalnego zniszczenia życia na Ziemi, zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. Upuści nawet własnej krwi.

Warto mieć to na uwadze, czytając pojawiające się co jakiś czas w mediach nawoływania, iż grozi nam atomowa zagłada. Po wypowiedzi Żyrinowskiego, iż “Polska zostanie zmieciona” oraz późniejszym artykule Jeffreya Taylora w Foreign Policy stawiającego tezę, iż Warszawa i Wilno są zagrożone atakiem nuklearnym, polska opinia publiczna została skutecznie zainfekowana niepokojem. Niepokój jest w cenie, dobrze się sprzedaje. Proponuję jednak zupełnie inny rodzaj zabawy. Zamiast spekulować, czy faktycznie możliwym jest, aby doszło do wybuchu bomby atomowej w Warszawie, zastanówmy się “co by było gdyby”.

 1968 ... Force-de-Frappe--atmospheric-test

Załóżmy, że pod Warszawą właśnie wybuchł ładunek nuklearny i stolica Polski przestała istnieć. Przede wszystkim, między bajki należy włożyć teorię, iż Putin mógłby zaatakować któryś z krajów natowskich w sposób jawny. Reakcja społeczeństwa międzynarodowego byłaby zbyt nieprzewidywalna, a tak wytrawny strateg dyplomatyczny jak Prezydent Rosji, nie pozwoliłby sobie na hazard w kwestii bezpieczeństwa własnego narodu. Należy jednak pamiętać, iż jawny atak rosyjskich sił zbrojnych na Ukrainę prawdopodobnie również wywołałby miażdżący odwet krajów zachodnich. Dlatego Putin opracował autorski manewr, zwany roboczo strategią zielonych ludzików, pozwalający na militarną ingerencję na terenie obcego państwa bez możliwości jawnego obarczenia go odpowiedzialnością.

Strategia zielonych ludzików sprawdziła się. Krym należy do Rosji, Donbas i Ługańsk pozostają strefą zdestabilizowaną. Jednak ta sama strategia zastosowana wobec państw natowskich mogłaby mieć bardziej nieprzewidywalne skutki. Oczywiście, Putin mógłby zaufać historii i postąpić niczym hitlerowskie Niemcy, kontynuując swój marsz na zachód. To jednak niepewna droga, obarczona ryzykiem, że mimo wszystko państwa zachodnie w obliczu konfliktu z NATO, wyciągnęłyby wnioski z przeszłości i nie pozwoliły na powtórkę z historii. Prezydent Rosji mógłby jednak rozwinąć strategię zielonych ludzików na większą, dość zaskakującą skalę, tworząc precedens w historii świata.

Popuśćmy nieco wodze fantazji i załóżmy, iż pod Warszawą wybucha ładunek nuklearny niewiadomego pochodzenia. Polski rząd – a raczej to, co by z niego zostało – oczywiście od razu oskarżyłby o wszystko Rosję i wezwałby NATO do działań odwetowych. Jak zareagowałaby jednak Europa i USA?

Sednem potencjalnego planu byłby fakt niewiadomego pochodzenia rzeczonego ładunku, gdyż w takim wypadku procedura działania struktur natowskich zawodzi. Na taką sytuację nie istnieje odpowiedni paragraf w karcie transatlantyckiej. Decyzja pozostałaby więc w rękach przywódców czołowych krajów europejskich oraz USA. Którzy prawdopodobnie uznaliby, że sytuację trzeba dokładnie zbadać, zanim poweźmie się odpowiednie kroki. Nie można przecież zaatakować innego kraju arsenałem atomowym w odwecie, jeśli nie ma pewności, kto jest winny. Przypadek Pietrowa doskonale oddaje mechanizmy działania natury ludzkiej wobec pojedynczego ataku nuklearnego. Nikt nie chce wziąć na siebie ryzyka, że wywoła konflikt globalny.

apocalyptic

Rosjanie, prawdopodobnie nieświadomie, sami stworzyli precedens w historii świata, którego – z perspektywy gier wojennych – aż szkoda byłoby nie wykorzystać. Bo w wypadku ataku nuklearnego na Polskę na pewno szybko pojawiłyby się opinie, że wyrachowany atak nuklearny Rosji na państwo natowskie byłby absurdem. Samobójstwem agresora. I nawet niekoniecznie Rosjanie musieliby być posłami tych treści. Aktualna strategia medialna Kremla doskonale wskazuje, iż opanowali do perfekcji sztukę przenikania do europejskiej świadomości przez propagandę w Internecie. Często podpisując się pod “trollowymi” komentarzami europejskimi imionami. Nic prostszego by w ten sposób przedostała się do opinii publicznej państw zachodnich informacja, iż Rosji zwyczajnie nie opłacałoby się atakować Polski nuklearnie z powodu potencjalnego odwetu NATO. Motywacje są jednym z najbardziej skutecznych narzędzi w pracy detektywistycznej. A przecież przypadek samego Stanisława Pietrowa uczy nas, iż żadnemu narodowi nie opłaca się atakować innego kraju za pomocą pojedynczego pocisku atomowego w strachu przed odwetem. A skoro atak nuklearny na Warszawę nie leżałby w interesie Rosji, racjonalna dusza europejska długo zastanawiałaby się, czy na podstawie samego domysłu można wyciągnąć tak daleko idące i ostateczne konsekwencje jak wywołanie globalnego konfliktu atomowego.

3910005682_1e1e334235_o

W czasie gdy przywódcy NATO toczyliby dyskusje na temat tego, jak postąpić, Rosja prawdopodobnie postanowiłaby działać. W końcu na terenie bratniego, słowiańskiego kraju wydarzyła się katastrofa humanitarna. Naród polski potrzebowałby pomocy. To stworzyłoby perfekcyjne warunki do zastosowania drugiego z autorskich patentów Putina – konwojów humanitarnych. Przećwiczony na Ukrainie manewr również zakończył się sukcesem. Nikt nie zatrzymał białego konwoju, a Rosjanie wkroczyli na teren obcego państwa bez zgody wspólnoty międzynarodowej. Łatwo wyobrazić sobie podobne działania podczas tragedii znacznie większej w skali niż zniszczenie Donbasu. Co dałoby to Putinowi? Przesunięcie regionu destabilizacji ze wschodnich krańców Ukrainy, aż do Wisły. Od początku swojej prezydentury walczy o zmniejszenie roli NATO w krajach Europy Środkowej.

Powyższa teoria to oczywiście jedynie intelektualna gimnastyka, geopolityczny rebus z nieskończoną ilością potencjalnych rozwiązań. Co naprawdę siedzi w głowie Władimira Władimirowicza – nie można stwierdzić, dopóki sam nie zdecyduje odkryć przed nami swoich planów. Jeśli jednak historia ma nas czegoś uczyć, to jednego – że wszystko może się wydarzyć. I czasem lepiej przestudiować nawet najbardziej mroczny i nierealistyczny scenariusz, niż potem pluć sobie w mordę. Krwią.

Autor: Jędrzej Napiecek

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów