Selfpublishing z innej strony

DonekCentek

Punkty: 69
28.01.2015 DonekCentek

Self-publishing, czyli wydawanie książek samemu, jest w naszym kraju coraz popularniejsze. Niedawno na RePortalu ukazał się tekst Patrycji Żurek, dotyczący tego zjawiska i zainspirował mnie do napisania paru słów na ten temat. Jak to często bowiem bywa, są dwie strony medalu i chciałbym przybliżyć tę drugą.

Dziś publikować może każdy. Co najgorsze, wydać może wszystko, cokolwiek napisze. Wystarczy dysponować tylko (na szczęście dla literatury dość sporą) gotówką i wydawnictwa spod znaku Print On Demand (POD) zadbają o to, by książka domorosłego autora dumnie pyszniła się na półce, zachwycając znajomych. Czasem nawet któryś ze znajomych kupi, to dopiero będzie sukces!

Sukces?

Niedawno, dzięki uprzejmości naszej biblioteki, wpadła mi w ręce książka pewnej autorki. Ma już na koncie kilka, czy nawet kilkanaście książek, oczywiście wydanych własnym sumptem, więc postanowiłem sprawdzić jej fenomen. Niestety, sprawdzanie zakończyło się po kilkunastu stronach, bo tego nie dało się po prostu czytać. Dlaczego?

Dwa kluczowe słowa – redakcja i korekta tekstu. U selfpublisherów niestety redakcja i korekta leży i kwiczy. Dlaczegóż zresztą nie, w końcu koledzy i koleżanki pochwalili, że tekst jest świetny tylko te wredne wydawnictwa się na nim nie poznały (niech żałują, ha!). Niestety, POD-y nie gwarantują redakcji, nie gwarantują korekty i nie prowadzą żadnej sensownej dystrybucji. Jeśli więc self-autor nie ma dużej bazy znajomych, o dużym nakładzie może raczej zapomnieć.

Kolejny przykład – dorwałem książkę dość poczytnej autorki spod znaku self-publihing. Całkiem niezła, choć mocno wtórna, ale pod koniec pisarka raczyła popełnić tak potworny błąd logiczny, że cała końcówka straciła jakikolwiek sens. A wystarczyło, by tekst ten przeczytał pierwszy lepszy redaktor, by można było tego uniknąć.

Mało który z selfpublisherów decyduje się rozciągnąć ścieżkę swojej kariery na kilka lat, pisząc w różnych zinach, pismach czy gazetach. Poczytnych selfpublisherów próżno szukać w antologiach czy tematycznych magazynach. Brak „zderzenia” z wymagającym czytelnikiem owocuje istnym wysypem potworków, które kurzą się na półkach cioć i wujków.

Gwoli ścisłości, w poważnych wydawnictwach też zdarzają się babole (kto czytał „Achaję” Ziemiańskiego czy „Z zimną krwią” Forysia, przy których to książkach redaktorzy mieli wybitnie zły dzień, ten wie). Ale właśnie – zdarzają się. Tymczasem w selfpublishingu zdarzają się przyzwoite książki. Co jednak ma wybrać czytelnik – normalną książkę, którą kilkukrotnie sprawdzono i redagowano (a która może okazać się słaba) czy książkę będącą radosną twórczością autora, który stwierdził, że skoro pisać potrafi to potrafi i zredagować i zrobić korektę (co niestety często kończy się katastrofą)?

Jest jednak jeszcze jeden problem – wydawnictwa. Każdy, kto próbował wysłać swój tekst do dziesiątek wydawnictw wie, że sukcesem jest otrzymanie odpowiedzi. Sporo z nich odpowiadać nawet nie raczy pokazując, gdzie tegoż początkującego autora ma. Nawet te, które w notce „do autorów” mają napisane – my nie jesteśmy jak inne wydawnictwa, odpowiadamy każdemu. Oczywiście jeśli taka odpowiedź nadejdzie, jest z reguły negatywna. Duże wydawnictwa mają dość swoich pisarzy, małe się boją bo trzeba zainwestować, a one chciałyby od razu zyski. Zresztą nawet podpisanie umowy z takim lokalnym wydawnictwem nie oznacza sukcesu, bo często nie ma już komu wydawać książek z racji bankructwa.

I tak tworzy się zaklęte koło – wydawnictwa odrzucają, a pisarz ma parcie na wydanie. Na tym wszystkim żerują POD-y, obiecując złote góry a tak naprawdę kasując tylko forsę od naiwnych „pisarzy”. Dlaczego naiwnych? Bo wystarczy, by taki pisarz sam sobie załatwił numer ISBN (za darmo!) i skorzystał z najbliższej drukarni by przekonać się, że płacąc POD-om płaci kilkukrotnie więcej za to, co mógłby zrobić sam.

I na koniec – wiem, że są selfpublisherzy, którzy ciężką pracą osiągnęli sukces i są rozpoznawani. Kluczowym słowem jest tu jednak – praca. Nic samo nie przyjdzie. Ja nadal uważam, że w procesie powstawania książki są dwie strony, razem partycypujące w kosztach – pisarz, który daje klika miesięcy swojej pracy w postaci pliku z tekstem i wydawnictwo, które tekst sprawdza, redaguje, drukuje i dystrybuuje. A zyskami dzielą się pół na pół.

Płacenie za wydanie swojej książki to, delikatnie mówiąc, nieporozumienie.

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów