Świetne kino – Wielki Gatsby

Magdaf

Punkty: 62
25.05.2015 Magdaf

“Wielki Gatsby” Baza Luhrmanna to według mnie film kontrastów.
Z jednej strony niewyobrażalny przepych, rozmach, rozrzutność, feeria kolorów i dźwięków, z drugiej ubóstwo uczuć, brak wrażliwości i empatii.

Baz Luhrmann lubi przerysowane kino. Tak można sądzić po jego  dwóch najbardziej znanych filmach: “Mouline Rouge” i “Wielkim Gatsbym” właśnie. Obu zresztą, wielu krytyków zarzuca zbyt duże podobieństwo.

Można się czepiać, nie zmienia to jednak faktu, że opowieść o Jayu Gatsbym to kino na najwyższym poziomie. I to pod każdym względem. Cudowna scenografia i kostiumy, za które twórcy otrzymali statuetkę Oscara.
Niezwykła, zaskakująca i odważnie wykorzystana muzyka, która w pierwszym momencie zupełnie nie pasuje, wzbudza sprzeciw, zatrzymuje. Bo to przecież hip hop. Tutaj hip hop? Za chwilę wszystko pasuje i nawet w zaskakujący sposób trudno by sobie ten film bez tej muzyki wyobrazić. Dziwne, ale to się nazywa mistrzostwo.

No i oczywiście aktorstwo pierwszej klasy.
Wspaniały Leonardo di Caprio. On po prostu jest Gatsbym całym sobą. Mówi inaczej niż zawsze, patrzy inaczej niż zawsze, całą swoją postawą, w każdym geście i grymasie jest Gatsbym. Nie można oderwać od niego oczu. Wzrusza, wciąga widza w swój świat, w swoją historię. Kibicujemy mu mimo świadomości, że ta jego cała misternie utkana intryga nie ma racji bytu.
Boli nas to, że  jest ślepy na to, jak źle ulokował swoje wyjątkowe uczucie.
Na długo pozostaje w pamięci wyraz jego oczu, kiedy już wie, że przegrał.

Nie gorzej wcale prezentuje się reszta obsady.
Osobiście najbardziej po di Caprio zapadł mi w pamięć Jason Clarke jako mechanik George Wilson. Niewielka, ale znacząca i świetnie zagrana rola. I znów te oczy, błękitne, pełne rozpaczy czy szaleństwa.
Joel Edgerton jako Tom Buchanan wzbudza negatywne emocje. Jest butny, zadufany w sobie, jest wstrętnym kobieciarzem i tchórzem na dodatek. I Edgerton pokazuje to w tak wiarygodny sposób, że nie sposób go polubić. Choć na koniec może jakiś cień współczucia może się pojawić na moment. Tylko na moment.
Jego filmowa żona Daisy czyli Carey Mulligan jest jakaś kukiełkowa. Śliczna, słodka, omdlewająca. Jasne, można stracić dla niej głowę. Na chwilę, bo to osoba bez własnego zdania, kierująca się tylko swoim interesem i lubiąca luksus. Ponad wszystko.
Mulligan zagrała tak, że przez moment mogłoby się zdawać, że to marne aktorstwo, ale nie. To tak właśnie miało być, że ta zwykła, nie wyróżniająca się niczym dziewczyna stała się obsesją i niespełnionym marzeniem Gatsby’ego. Bo to ma się nam właśnie wydawać dziwne, że ten niezwykły człowiek nie widzi tego, co widzimy my.

I jeszcze Tobey Maguire czyli Nick Carraway, narrator. Postać jednocześnie z wewnątrz historii, zaplątany w nią po same uszy i jednocześnie, jakby obok niej. Jedyny, który dostrzega w Gatsbym po prostu człowieka, cierpiącego, szukającego, walczącego, niepewnego. Maguire jest właściwie niewidoczny, a jednocześnie odciska na filmie bardzo ważny i poważny ślad.

“Wielki Gatsby” jest adaptacją powieści F. Scotta Fitzgeralda. Jak to adaptacja nie do końca odzwierciedla oryginał i jak zwykle spotyka się to z jednej strony ze sprzeciwem, z drugiej z zachwytem.
Pewnie nie każdemu ten film się spodoba. Wielu zarzuca mu przerysowanie, nadmiar, niepotrzebny blichtr. Ja sądzę, że dzięki temu nadmiarowi właśnie, tak dobrze widać istotę i dramat człowieka.

 

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów