Telewizyjna nowomowa, czyli o poprawności językowej w mediach

Piotr Słyszyński

Punkty: 43
05.11.2014 Piotr Słyszyński

Telewizja, zamiast być wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o poprawność językową, stała się obecnie źródłem wykoślawienia naszej mowy w wielu aspektach. Jednym z nich jest nadużywanie pewnych słów, wplatanie ich w wypowiedź jako swego rodzaju przecinek. Przykładem takiego zwrotu jest słowo “jakby”. Zastanawiam się, czy nadużywanie tego słowa jest spowodowane niepewnością co do wypowiadanych przez siebie tez. No bo przecież kiedy powiemy “jakby się zatrzymał”, to zostawiamy sobie pewien margines błędu, że może sprawy wyglądają jednak odrobinę inaczej. Podobnymi, choć rzadszymi sformułowaniami są “zdaje się”, “rzeczywiście” czy “w istocie”. Innym, niezwykle irytującym mnie “przecinkiem” nadużywanym przez niektóre osoby obecne w mediach w olbrzymich wprost ilościach jest słowo “gdzieś” i jego rozwinięta forma “gdzieś tam”. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło. Może jest to wynik potrzeby zastanowienia się nad kolejnym stwierdzeniem. Szczególnie bryluje tutaj pewien dziennikarz sportowy, który jeśli nie powie “gdzieś” raz na minutę, to mam wrażenie że byłby chory. Co ciekawsze, wturuje mu kolega ze studia ze swoim “jakby”.

Akcent

Inną rażącą manierą w programach telewizyjnych jest złe akcentowanie. Zapewne niewiele osób zwraca na to uwagę, jednakże prowadzący programy rozrywkowe, a w szczególności informacyjne, powinni uczyć nas właściwego wypowiadania się, być jakims wzorem. Tymczasem, to co słyszymy często w programach telewizyjnych, ale także radiowych, to potok słów wypowiadanych byle jak, byleby szybko, głośno i nie nudno. A takimi drobnostkami jak poprawne akcentowanie, kto by sobie zaprzątał głowę.

Zapożyczenia

Irytujące mogą być nie tylko anglicyzmy pojawiające się nagminnie w języku mediów, ale coraz częstsze kalki językowe wzięte żywcem z Wysp. Czymże bowiem jest pytanie “Czy mogę prosić o uwagę?”. Przecież taka konstrukcja językowa jest nam obca, jest odzwierciedleniem angielskiego “Can I have your attention, please?” W Polsce zawsze mówiliśmy po prostu “Proszę o uwagę”. Ilekroć słyszę to zapożyczone proszenie o uwagę, przypomina mi się moja kuzynka z USA w polskim sklepie pytająca “Czy mogę prosić o bułkę?”.

Straszna masakra

Przychodzą mi na myśl jeszcze dwa słowa, które ostatnimi czasy zrobiły niesamowitą wręcz furorę: strasznie i masakra. Mam wrażenie, że za ich pomocą wiele osób (także, o zgrozo, udzielających się w mediach) jest w stanie opisać niemal wszystko. “Strasznie” to taki synonim “bardzo”, a “masakra” to po prostu jakaś wielka rzecz, ważna sprawa, niesamowite zdarzenie – i zupełnie nie ma znaczenia, czy ma wydźwięk negatywny, czy pozytywny. Z jednej strony rozumiem, że obecnie żyjemy tak, że potrzebujemy wyrażać swoje przeżycia, czy opisywac świat w bardzo mocny sposób, z drugiej jednak – nieco martwi mnie obraz świata, gdzie niemal wszystko jest straszne, albo jest masakrą. Jeśli miałbym być dosadny, to zapytałbym jak nazwalibyśmy sytuację, gdzie naprawdę coś okropnego się wydarzyło, np. ludobójstwo, bo wówczas “masakra” juz na pewno nie wystarczy…

Problemy z czasem

Jest oczywiście jeszcze sporo sformułowań, które od czasu do czasu da się usłyszeć w mediach elektronicznych, a i nierzadko gdzieś przeczytać. Szczególny problem występuje jeśli chodzi o kwestie związane z czasem. Do sztandarowego “w dniu dzisiejszym”, czy chyba już coraz rzadszemu “w miesiącu maju”, należałoby dorzucić “w dwutysięcznym dwunastym” (oczywiście poprawnie jest “w dwa tysiące dwunastym”), czy mój “ulubiony” błąd rozmaitych ogłoszeń i powiadomień: “15 lipiec”, zamiast “15 lipca”. Niestety, mam wrażenie, że na tym odcinku sprawa jest nie do wygrania.

Nie dla idiotów?

Na koniec chciałbym się podzielić swoim zupełnym (niektórzy powiedzieliby: “totalnym”) zdumieniem, jakie przyszło mi w udziale podczas oglądania jednej z reklam. Otóż pani występująca jako osoba zajmujaca się domem mówi o pewnej sytuacji, jaka wydarzyła się na “dworzu”! Myślałem, że się przeslyszałem, ale po jakimś czasie znów widzę tę reklamę i jednak uszy mnie nie zawiodły. Nie wiem, naprawdę, o co tu chodzi. Czy owa pani w związku ze swoją nieporadnością językową ma być bardziej wiarygodna? No bo przecież ciężko uwierzyć, że ktoś tak napisał w scenariuszu, więc musiała to sama wymyślić, tak jak to, że proszek którego naprawdę używa naprawdę jest tak dobry. Jesli tak, to gratuluję pomysłu. Mnie to jednak nie bierze…

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów