Unde bonum? Skąd dobro?

theotherwoman

theotherwoman
Punkty: 11
30.01.2017 theotherwoman

Najnowszy film Mela Gibsona, Przełęcz Ocalonych, zbiera właśnie doroczne żniwo w postaci nominacji do kinowych nagród i wyróżnień – z być może nieco mniejszym rozmachem, niż chcieliby tego fani samego Gibsona i ludzie cieszący się z jego powrotu do czynnej pracy w kinematografii – choć dzisiejszy dzień przyniósł wieść o sześciu oscarowych nominacjach, w tym w tak kluczowych kategoriach, jak najlepszy film, reżyseria i pierwszoplanowa kreacja męska. Przyznających zaszczytne wyróżnienia zdaje się szczególnie uwodzić w filmie Gibsona odtwórca głównej roli, Andrew Garfield – może właśnie najbardziej słusznie i chwalebnie, bo film jest przede wszystkim opowieścią o pewnym konkretnym, obdarzonym tutaj dobroduszną twarzą aktora, człowieku. Człowieku, któremu pozornie łatwiej niż heroizm można przypisać brak rozsądku, skoro postanowił wyruszyć na wojnę bez zamiaru używania jakiejkolwiek broni.

Czy to trochę bardziej patetyczny Forrest Gump? Takie wrażenie może mieć każdy, kto spoglądając na plakat Przełęczy Ocalonych mimo woli wspomni na Toma Hanksa, dźwigającego na własnych barkach rannych towarzyszy z wietnamskiego oddziału. I rzeczywiście, w pewnym sensie nie sposób nie spojrzeć na nowy film Gibsona jak na kolejną amerykańską próbę opowiedzenia o XX-wiecznym obliczu wojny. Być może sprawia to także młodzieńczy urok Garfielda, który chwilami ma w oczach to samo zagubienie i niedowierzanie, co debiutujący u Oliviera Stone’a Charlie Sheen, a także wielu innych młodych bohaterów rozlicznych filmowych epopei o walkach w Wietnamie lub na dalekich frontach II wojny światowej. Jednak tutaj wojenny temat jest tylko pretekstem, bardzo wyrazistym tłem do opowiedzenia o czymś innym: do pokazania, w jaki sposób w tym niedoskonałym, tak łatwo walącym się w gruzy świecie, pojawia się dobro. Że nie spada ono z nieba, nie jest nawet wynikiem wymodlonej, niezwykłej boskiej interwencji. Jedynym jej źródłem jest zwrócony ku odwiecznej przyczynie dobra człowiek – wystarczająco wsłuchany w swoje wnętrze i dostatecznie odważny, by urzeczywistnić to, co wydaje mu się właściwe i słuszne. Dobro, to o którym dywagują etycy, przychodzi na świat wyłącznie poprzez realne działania. Tylko robiąc coś konkretnego, zmieniając górnolotną ideę w najprostszy nawet gest,  można je urzeczywistnić. Wyrwane z ram uczonych dywagacji i pobożnych rozmyślań, dobro jako jedyne potrafi przeobrazić niedoskonałą rzeczywistość w przestrzeń nadziei.

Mogę przyznać, że sama trochę przeczekałam początkowe sceny filmu (pewnie z sentymentu dla wspomnianego Garfielda, którego uwielbiam od siedmiu lat, gdy zobaczyłam go w poruszającym Never Let Me Go). Także realia wojskowego szkolenia, a zwłaszcza patrzenie na dręczonego, ale kryjącego winnych szeregowca, przywoływały skojarzenia z wieloma innymi obrazami tego rodzaju (na czele z filmem Cadence, w który również byli uwikłani Sheenowie). Z pełnym przekonaniem mogę jednak powiedzieć, że sercem całego filmu, gdy już naprawdę nie sposób oderwać oczu od ekranu, jest sekwencja rozpoczynająca się wówczas, gdy główny bohater zostaje sam na pobojowisku, szukając i ratując wciąż żywych uczestników niedawnego starcia. Przez to, że sam jest dla wroga jak łowna zwierzyna, mogąca bronić się jedynie sprytną ucieczką, jego kolejne przebieżki obserwuje się z większym napięciem, niż zbrojną wycieczkę każdego innego bohatera kina akcji. Prawdziwy Desmond Doss sprowadził z pola bitwy 75 rannych – Gibson pomaga w to uwierzyć także czytającym o tym sceptykom.

Można zżymać się na obecny w filmie Gibsona patos, czarno-białe odmalowanie stron konfliktu, pewną schematyczność i przewidywalność scenariusza (chyba zwłaszcza w wątku miłosnym), a nawet naturalistyczną konwencję która każe patrzeć na realia, o których wolelibyśmy tak dokładnie nie wiedzieć; bo to wszystko faktycznie tu jest: ale może nie zawsze potrzebne są fajerwerki nieprzewidywalności? Może właśnie oczywiste, mocno skontrastowane tło to najjaśniejsza kanwa, na której dostatecznie wyraziście ukaże się zasadnicze przesłanie? Również nieco tendencyjne zmagania bohatera z sądem wojskowym i ogólnie przyjętymi zasadami to coś więcej, niż irytująca i przewidywalna filmowa dłużyzna: to tylko sposób podkreślenia, jak trudną sprawą jest czasem wydobywanie z siebie chęci do robienia słusznych rzeczy. Warto jednak pamiętać, że Gibson nie stworzył ani pustej laurki wyznaniu adwentystów, ani uwikłanej w etykę, filmowej wydmuszki: nakręcił Przełęcz Ocalonych, by upamiętnić niezwykłą, ale całkowicie realną, historyczną postać. I ten fakt sprawia, że etyczna prawda wpisana w film tak zyskuje na wiarygodności.

Subskrybuj, by raz w tygodniu otrzymywać nowości i zbiór najciekawszych artykułów